Emocjonalne dziedzictwo

kapitał EI

Pamiętacie wpis pod tytułem Zła Królowa, w którym opowiedziałam Wam część osobistej historii dotyczącej złości, frustracji i agresji oraz ich źródła w moim życiu? Jeżeli jeszcze go nie czytaliście to odsyłam Was do tego wpisu, a także do następującego po nim, w którym dzielę się praktycznymi wskazówkami na to, jak radzić sobie z negatywnymi emocjami.

Dzisiaj, pragnę przedstawić Wam kolejny puzzle w układance, zwanej inteligencją emocjonalną (EI – ang. Emotional Intelligence). Chodzi konkretnie o jedno z jej zagadnień, czyli emocjonalne dziedzictwo. Emocjonalne dziedzictwo, czy też emocjonalny kapitał to określenie, z którym spotkałam się po raz pierwszy czytając (jedną z moich ulubionych i polecanych przeze mnie książek) Inteligentne emocje, Frances’a Wilksa. Jego definicja brzmi następująco:

Podobnie jak można posiadać kapitał pieniężny czy intelektualny, można być posiadaczem kapitału emocjonalnego. Składa się on z rezerw emocjonalnych, z których możemy czerpać. Można go zamknąć na długoterminowym rachunku oszczędnościowym, albo można z niego czerpać, aż do przekroczenia limitu i zadłużyć się emocjonalnie. Niektórzy z nas mają naturalną skłonność do wybuchowości i są bardziej ekstrawaganccy niż inni. Ważne jest jednak to, żebyśmy znaleźli właściwy środek wyrazu. W miarę postępowania edukacji emocjonalnej będziemy się uczyć, jak mądrze wydawać kapitał uczuć.

Podobnie jak to się ma z innymi formami kapitału, kapitał emocjonalny można odziedziczyć. Wzorce zachowań emocjonalnych często przekazuje się z pokolenia na pokolenie. W niektórych rodzinach zachęca się dzieci do wyrażania uczuć, a w niektórych nie. W wielu rodzinach pozwala się na wyrażanie jakiejś emocji, ale nie innej. (…) Można również dziedziczyć pozytywne wzorce zachowań emocjonalnych. Można odziedziczyć umiejętność spokojnej refleksji, umiejętność harmonijnego współżycia z innymi ludźmi i wiarę w przyszłość. W tym biegu bloki startowe są ustawione w nierównej linii. Jeżeli twoje dziedzictwo emocjonalne jest niekorzystne (tak, jak to było w moim przypadku – pisze autor, a ja dopowiem, ze również w moim), to praca nad rozpoznawaniem i wyrażaniem uczuć może Cię w końcu doprowadzić dalej, niż tych, którzy mieli fory na starcie.

Bardzo często ludzie, którzy nie mieli zbyt dobrych doświadczeń w relacjach z rodzicami, budują w sobie wspaniałą, duchową rodzinę wewnętrzną, która jest dla nich źródłem siły na długo po śmierci naturalnych rodziców. Jeżeli się odpowiednio leczy złamaną nogę, kość zrośnie się tak, że będzie silniejsza niż przedtem. Podobnie stan rozłamu emocjonalnego można wpisać w zintegrowaną, silniejszą osobowość. Sztuka polega na tym, żeby zostawić wolną rękę uczuciom i pozwolić im na dokonanie transformacji.

 

Na własnym przykładzie, pozwolę Wam zanurzyć się w dalszą część mojej historii po to, aby sprawdzić, czy rzeczywiście dziedziczenie nie do końca pozytywnego kapitału emocjonalnego, może przynieść nam jakiekolwiek korzyści, bądź też doprowadzić do transformacji.

 

Jak pozornie niewinne cechy zachowania mogą doprowadzić do poważnych zaburzeń emocjonalnych?

✔️ Perfekcjonizm

✔️ Brak elastyczności

✔️ Niskie poczucie własnej wartości

W moim domu rodzinnym nie było miejsca na pomyłki, niedociągnięcia oraz porażkę. Doprowadziło to do tego, że we wszystkim, co robiłam, musiałam być perfekcyjna, albo czekały mnie konsekwencje. Wszelkie przejawy braku posłuszeństwa były karane. Złe oceny były karane. Uwagi w dzienniczku wiązały się z konsekwencjami. Dzieciństwo upłynęło pod znakiem przestrzegania zasad i bycia „dobrą dziewczynką”. Byłam zatem wzorową uczennicą, chodziłam do kościoła i uczęszczałam na dodatkowe katechezy i co niedzielne msze święte. Chodziłam na dodatkowe zajęcia z tańca, dając z siebie wszystko i więcej, nawet, jeżeli wracałam do domu o 21 i zasypiałam przy stole przed podaniem kolacji. Nie przeklinałam, pomagałam w pracach domowych, byłam obowiązkowa, zorganizowana i starałam się być miła dla wszystkich, odpowiedzialna, zrównoważona i dojrzała ponad wiek. 

Nikt nie nauczył mnie wyrażania emocji ani mówienia o nich, raczej tłamszenia ich w sobie i zaciskania zębów. Tata zawsze powtarzał: „Umiesz liczyć? Licz na siebie”, a także: „Jak potrzebujesz się wyspowiadać, to idź do konfesjonału, a nie klepiesz językiem na prawo i lewo”. Trzymałam się w ryzach tak długo, dopóki potrafiłam. W końcu rozwód rodziców przelał czarę goryczy. Puściły mi wszystkie hamulce, zaczęłam się buntować, wagarować, palić papierosy i głośno wypowiadać swoje osądy i opinie na temat innych. Moje cierpienie było wyjątkowe i nikt nie potrafił mnie zrozumieć. Wypracowałam sobie mechanizm ucieczki od trudnej rzeczywistości – zatracałam się w pisaniu, czytaniu i wagarowaniu z moimi „ziomkami”. Wszystko było lepsze od mierzenia się ze zgliszczami, które zostały po moim domu rodzinnym. Miałam 15 lat i dziękuję Bogu, że nie wpadłam w narkotyki, alkoholizm czy przygodny seks. To wtedy zaczęłam zatracać się we własnych myślach i negatywnych projekcjach, oddając się czarnowidztwu, a także przekazując kontrolę umysłowi i ego. Nie potrafiłam chłodno spojrzeć na swoją sytuację, ani wykazać się domniemaną dojrzałością. 

 

Po równi pochyłej

Zaczęłam być impulsywna i wybuchowa, karałam siebie za to, że już nie jestem taka idealna i czułam, że osuwam się w czarną dziurę. Ledwo skończyłam liceum i dostałam się na studia. Moja mama wyjechała za granicę, a ja musiałam rozpocząć „dorosłe” życie – pracując, zajmując się domem i „ogarniając życie”. Nauczyłam się ciężko pracować, być samowystarczalna i odważna. Jednakże, stałam się też dokładną kopią rodziców. Dopiero wiele lat później zdałam sobie z tego w pełni sprawę. 

To wtedy pojawiły się pierwsze oznaki niskiego poczucia własnej wartości. Biczowałam się za to, że zachowuję się poniżej własnego poziomu, bo przecież „stać mnie na więcej”. Przestałam spełniać oczekiwania wszystkich na około, dodatkowo nieustannie zawodziłam samą siebie.  Czułam na sobie ciężar rozczarowania, porażki jaką się stałam. 

Odeszłam od religii, zaczęłam chorować na autoimmunologiczne zapalenie tarczycy. Przytyłam 15 kg i nie potrafiłam spojrzeć na siebie w lustrze bez wyraźnej odrazy. Przestałam siebie kochać i szanować. Już wtedy mocno istotne zaczęły być kody kulturowe dotyczące wyglądu i standardów kobiecego piękna. Podobnie jak inne dziewczyny, za wzór stawiałam sobie aktorki i modelki z Hollywood. Wtedy też stałam się niezwykle wrażliwa na negatywne oceny innych (zakompleksiona i niedowartościowana). Wszelkie słowa krytyki brałam mocno do siebie i utożsamiałam się z nimi dodając je do kolekcji swoich „krzywd”. 

 

Elastyczność albo śmierć

Odkryłam, że osobiste urazy chowam w sobie i wkładam do szufladki z napisem: syndrom odrzucenia. „Nie podoba Ci się to i tamto we mnie? Aha! Czyli mnie nie chcesz, tak? Nawet własna matka mnie nie chce, skoro zostawiła mnie i wyjechała”, itd., itd. Tworzyłam w głowie film, który przewijał się i przewijał w nieskończoność. Jedyne remedium na ból serca to oddanie władzy ego, które zaraz postawi wszystkich do pionu i powie im, kim jestem i gdzie moje miejsce! 

Stałam się arogancka i zadufana w sobie. Kiedy coś mi się nie podobało lub mi nie odpowiadało – odcinałam to. Czy niewygodne emocje, czy sytuacje, opinie na mój temat, a zwłaszcza inni ludzi. Ego zawsze głośno krzyczało – „Albo jesteś ze mną, albo przeciwko mnie! Elastyczność, albo śmierć! Twoja strata! Zobaczysz, jak będziesz za mną tęsknić, jak będzie Ci mnie brakować!”. Moja życiowa maksyma brzmiała wówczas: „Nie chcesz się dostosować? No to żegnaj, baj baj!”. Ucinałam kontakt i nie poświęcałam więcej myśli danej osobie. 

Pamiętam, jak moja wieloletnia przyjaciółka, po jakimś zdarzeniu, w którym wykazałam się ewidentnym brakiem taktu i dojrzałości, odpłaciła mi pięknym za nadobne – odcięła się ode mnie, pisząc mi krótką wiadomość: Na tym etapie życia, nie wiem czy potrzebuję w nim kogoś takiego, jak ty… 

Jak to?! – zaczęłam wrzeszczeć niemal w spazmach – Ty mnie nie potrzebujesz? MNIE nie potrzebujesz?! Tak traktujesz MNIE? Odcinasz się ode MNIE pisząc sms-a?! Ego szalało z wściekłości. Kilka lat później, spotkałyśmy się i jako, że szczęśliwie zaczęłam proces wewnętrznej przemiany, już nie dziwiłam się jej, dlaczego wówczas tak drastycznie odcięła się ode mnie. Dlaczego? Ponieważ ja sama ledwo mogłam siebie znieść! Ja sama ledwo mogłam spojrzeć sobie w oczy! Pamiętacie jak to jest z lustrem w relacjach? No właśnie…

Do trzech razy sztuka?

Wszechświat ma dla nas skrupulatnie zaplanowaną każdą lekcję. Ja jestem jedną z tych osób, które potrzebują czegoś doświadczyć wiele razy, zanim otworzą oczy… Dzięki wielu podobnym sytuacjom zrozumiałam wreszcie, że moje słowa potrafią ugodzić kogoś jak sztylet, oraz że pewnych rzeczy po prostu nie da się wymazać, lub udawać, że nigdy się nie wydarzyły. Za każde postępowanie przychodzi konsekwencja. Można ją nazwać lekcją, a można prawem przyczyny i skutku – energia zwrotna w postaci karmy. I nie zawsze musi to skutkować działaniem zewnętrznym w postaci sytuacji, zazwyczaj największą konsekwencją, z jaką przychodzi nam się mierzyć to własne poczucie winy, moralny kac i niemożność wybaczenia samemu sobie. Oto ciężar, który nosimy przez lata, jeżeli nie ulega uwolnieniu i transformacji stanowi ogromne brzemię, z którym trudno żyć.

Jak poradzić sobie z emocjonalnym ciężarem i przekuć go w złoto? Przyjrzymy się temu w kolejnym wpisie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.