Dlaczego mój Stary nie chce się zmienić? – czyli o wielkiej trwodze w relacjach partnerskich

kaktus

Wreszcie otworzyli salony fryzjerskie i kosmetyczne! Po wielu tygodniach, umówiłam się na pedicure. Pani Beatka (jakoś często się tak zdarza, że panie kosmetyczki albo fryzjerski, mają na imię Beata. Niech więc do celu opowiedzenia tej historii posłuży nam to imię, aby nie ujawniać prawdziwej tożsamości osoby, o której mowa), robi paznokcie już ze 20 lat. Poznałam ją, kiedy moja mama nosiła modne w tamtym czasie, długie, akrylowe paznokcie i pani Beatka, już wtedy wyróżniła się precyzją i dokładnością. Ja miałam może 9, albo 10 lat, kiedy pierwszy raz ją spotkałam i pamiętam tylko długie kręcone włosy, smukłą sylwetkę osoby zabawnej, atrakcyjnej i pełnej wigoru. Od najdalszych wspomnień związanych z panią Beatką do dzisiaj, minęło już sporo czasu – moja mama dawno wyjechała za granicę i przestała robić paznokcie, a ja zastąpiłam jej miejsce i naturalnie jedyną osobą, do której chodzę od lat, jest pani Beatka.

Salony kosmetyczne i fryzjerskie to doprawdy przedziwne miejsca. Można w nich prowadzić zaawansowane obserwacje socjologiczne a nawet studium przypadku. Panie na paznokciach zazwyczaj gadają o niczym, słodko sobie gawędzą o najnowszych trendach modowych, o tym, że do twarzy im w blondzie, albo wymieniają się przepisami na warzywną lasange (zwłaszcza, że dieta roślinna jest teraz taka modna i każdy chciałby iść z duchem czasu, ale tyle lat smażył kotlety mielone, że nie ma pojęcia, jak przygotować smaczne i sycące dania warzywne). Zdarza się jednak, że pomiędzy ścieraniem martwego naskórka z pięty a malowaniem pierwszej warstwy podkładu na dużym palcu, rodzi się dyskusja o znacznie głębszym wymiarze. Muszę przyznać, że ostatnia wizyta zadziwiła, i wprawiła w głęboką zadumę również mnie…

– Ale jest pięknie za oknem! Proszę spojrzeć na to niebo, świecące słońce i tę soczystą zieleń. Piękną mamy wiosnę w tym roku, naprawdę wspaniałą… – patrzyłam za okno i nie mogłam nacieszyć się tym, co widziałam.

– No… Ja też jak wychodzę codziennie rano z moim Messim, to zachwycam się tą przyrodą i w ogóle nie przeszkadza mi, że jest 4:30 – zaczęła pani Beatka. Zatwardziała kociara, jakiś roku temu sprawiła sobie małego pieska, który całkowicie odmienił jej rzeczywistość.

– 4:30? A to ciekawe! Moja mama właśnie opowiadała mi dzisiaj przez telefon, że Molly, od kilku tygodni wstaje razem ze wschodem słońca i wyciąga ją na spacer skoro świt! – zawtórowałam. Rzeczywiście kilkadziesiąt minut wcześniej rozmawiałam z mamą, która opowiadała mi, że Molly (czekoladowa, roczna labladorka) już o świcie stawia ją na nogi. Zaczyna kręcić się przy łóżku, trącać ją zimnym, mokrym nosem, stękać, ciamkać i stanowczo domaga się natychmiastowego wyjścia na spacer. Króliki grasujące na podwórku nie będą przecież dłużej czekać!

– No widzisz, mój Messi też ma taką fazę – kontynuowała pani Beatka.

– Mama też mówiła mi, że ma tak samo – otwiera oczy, patrzy na zegarek i chętnie przewróciłaby się na drugi bok, ale Molly tak piszczy, że nie da się spać.

– Taaa, Messi robi taki raban, że głowa mała: Wstawaj Matka! Już jest nowy dzień! Idziemy na spacerek! No wstawaj, no wstawaj! – gromki śmiech potoczył się po salonie. Wyobraziłam sobie Messiego ze smyczą w małym pyszczku, który lata jak pershing przy głowie pani Beatki i już nie moglam przestać się śmiać.

– Ha ha! No tak! Przez tą Koronę, właściciele przyzwyczaili swoje psy do częstych spacerów, to teraz mają… Widziała pani te memy w Internecie? – zapytałam – Psy na szafie, które uciekają przed dziesiątym juz spacerem w ciągu dnia?

– Tak! Widziałam! Dobre to było – przytaknęła ze śmiechem pani Beatka. Pośmiałyśmy się jeszcze chwilę, zapewne przywołując w pamięci wspomnianego mema i pani Beatka, zaczęła mówić dalej. – Ja muszę Ci powiedzieć, że mimo wszystko jestem wdzięczna! Jak widzę to niebo, wdycham to rześkie powietrze, słyszę śpiew tych ptaków… nogi same mnie niosą i nie ma znaczenia, czy to jest 4:30, czy 7:15 – dodała.

– No tak. Chociaż, niestety nie każdy patrzy na to w ten sposób. Niektórzy nie słyszą tych ptaków, a innych wręcz denerwują, bo nie mogą przez nie spać – przyznałam z lekkim smutkiem w głosie.

– To tak, jak mój Stary! – podchwyciła w sekundzie pani Beatka – Siedzi tylko na tej kanapie, żłopie to piwsko i nic do niego nie dociera. Mówię mu  ostatnio: Chodź sprzedamy to mieszkanie, kupimy jakąś ładną działkę i zbudujesz nam dom. Przecież masz takie zdolności ku temu – i stolarka i budowlanka i elektryka. Będziemy fajnie sobie żyć na starość! – frezarka w ręku pani Beatki zastygła w miejscu, a ona przewiercała mnie wzorkiem pełnym żalu, niedowierzania i bezradności. Nagle, w tym niewielkim pomieszczeniu, w którym siedziałyśmy, powietrze zgęstniało.

– Rozumiem… a co On na to powiedział? – zapytałam.

– Że się boi! On nie będzie teraz brać kredytów i podejmować się takich działań. Niczego nie będziemy sprzedawać, ani budować żadnych domów. Jemu jest dobrze tak, jak jest. O! I co na to wszystko powiesz? Nie da się z nim porozmawiać i mu niczego przetłumaczyć… – przechodząc do sedna tego, co ją trapi, z niedowierzaniem pokręciła głową i na powrót włączyła frezarkę. Wiedziałam, że to, co teraz powiem, może albo ją rozczarować, albo dodać nieco otuchy. Zaczęłam więc ostrożnie, mając na uwadze, że nie każdy rozumie „te sprawy”, w taki sam sposób, jak ja. No bo jak tu powiedzieć o tym, że nasza planeta przechodzi okres transformacji energetycznej?! Dla osoby, która kompletnie nie zdaje sobie sprawy z tego, że jej życiem rządzą prawa i energie, które są niewidoczne, taka pogadanka to jeden wielki bełkot. Niemniej jednak, jak zawsze podążałam za swoją intuicją, dlatego powiedziałam:

– Wie pani, pani Beatko, tak szczerze mówiąc, niepotrzebnie się pani tym przejmuje.  Jesteśmy teraz w takim momencie, jako gatunek na planecie, że nic już nie będzie takie samo, jak przedtem. Transformacja, której ulegamy jest nieunikniona. Manifestuje się ona teraz między innymi poprzez tego wirusa, czy drastyczne zmiany klimatyczne na Ziemi, ale dotknie ona każdego, pojedynczego człowieka. Każdego „dopadnie”, prędzej, czy później, a raczej prędzej, niż pózniej. Będziemy musieli stanąć przed wyborem, czy pozostajemy przy tym co znane, stare i „bezpieczne”, czy też zostawiamy to, co nam nie służy i wybieramy ścieżkę rozwoju i transformacji, aby dostosować się do wzrastających wibracji planety. Poza tym – ciągnęłam – pamięta pani, jak pani kiedyś mówiłam, że mówienie, proszenie, płakanie, grożenie, itd., niczego nie dają?! Nie mamy żadnego wpływu na to, co zrobi druga osoba, nawet jeżeli wydaje nam się, że jest inaczej. Jedyne, na co mamy wpływ, to to, co my zrobimy, powiemy i pomyślimy. Nie zmienimy nikogo na siłę. Wręcz przeciwnie, największe zmiany przychodzą, kiedy odpuszczamy. Zostawiamy daną osobę taką, jaka jest, w tym punkcie rozwoju, w którym jest i dajemy jej przykład! Przykład, który swoje źródło ma w naszej, indywidualnej, wewnętrznej i zewnętrznej transformacji. Każdą zmianę należy zacząć od siebie, a druga osoba ma wybór, czy podąża za nami w kierunku tej zmiany, czy zostaje w miejscu i nasze drogi z czasem się rozchodzą… – patrząc na panią Beatkę, sondowałam ją wzrokiem, zastanawiając się, czy moje słowa z nią rezonują. Dostrzegłam, jak potakuje głową i ciągnęłam dalej. – Mówiłam już pani o Aronie Jasnowidzu? – zapytałam?

– Nie, nic mi nie mówiłaś… – opowiedziała pani Beatka.

– No to koniecznie wejdzie sobie pani na YouTube i go posłucha. To nasze najnowsze odkrycie. Moja mama nie może się oderwać od telefonu odkąd go jej pokazałam. – Należy dodać, że pani Beatka i moja mama są dobrymi znajomymi. Spotykanie się z kimś, co najmniej raz w miesiącu przez 20 lat na pogadankę przy trywialnych czynnościach, takich, jak malowanie paznokci w odległości 1 m od siebie, może człowieka do siebie zbliżyć i to bardzo. 😉 Wierzcie mi, że taka pani Beatka, która robi paznokcie, uczestniczyła po kolei w narodzinach moich dzieci, rozwodzie moich rodziców, moim ślubie, narodzinach mojego rodzeństwa, wyjazdach za granicę, dramatach rodzinnych, przeprowadzkach, itd, itd. – Właśnie wczoraj, jak jechaliśmy samochodem, słuchaliśmy go – ciągnęłam. – Naprawdę, bardzo go pani polecam. Jeżeli z panią zarezonuje to puści go pani w domu na komputerze i słucha go, nic nie mówiąc mężowi. Niech jego głos niesie się po mieszkaniu i ziarenko na pewno zostanie zasiane, mówię pani. To najlepszy sposób – nie robić nic, tylko skoncentrować się na własnym rozwoju… – stanowczo skwitowałam.

– Ty to powinnaś do mnie przyjść, usiąść przy stole i zacząć mówić mojemu mężowi to, co teraz mi mówisz! Masz do tego zdecydowany talent… Może i masz rację… No, to pokaż mi tutaj na tym YouTubie, co ja mam tam wpisać – odpowiedziała pani Beatka, sięgając po telefon.

 

Postanowiłam podzielić się z Wami tą historią, ponieważ temat braku chęci zmiany przez partnera przewija się jak zacięty film i w kółko do mnie powraca. Bardzo wiele osób, ma dzisiaj zagwozdkę związaną z tym, co zrobić, żeby partner się zmienił. Otóż, nie należy robić absolutnie nic, co mogło by go do tej zmiany zniechęcić. Niestety, większość, kompletnie nie zdaje sobie sprawy z tego, że perswazja, jakiej stosują w stosunku do partnera wysyła konkretne komunikaty i powoduje konkretne rezultaty. Kiedy ktoś, namawia nas usilnie do czegoś, co mamy zrobić, a co nie jest do końca wygodne, lub co nie wychodzi bezpośrednio od nas – rodzi się w nas opór. W sposób nieświadomy na pierwszy plan wychodzą mechanizmy obronne, które mają powstrzymać inwazję z zewnątrz – atak na naszą integralność i tożsamość z ego. Dziewczyna lub chłopak w kółko gadająca nam o tym, że to lub tamto jest nie tak, powoduje tylko umocnienie w poczuciu separacji i oddzielenia. Na dodatek dociera do nas wygnał o braku pełnej akceptacji i miłosci bezwarunkowej, no bo skoro mamy się zmienić, to oznacza, że obecna wersja, nie jest wystarczająca, odpowiednia, właściwa…

A zatem wniosek, jaki się nasuwa jest taki, że jakakolwiek forma perswazji nie zadziała z wielu powodów. Psychologiczna manipulacja w związku nie jest sposobem tworzenia relacji partnerskiej opartej na szczerości, współczuciu, delikatności i miłości – nawet, jeśli jest subtelna i niezamierzona. Najlepszym sposobem pokazania partnerowi, że zmiana jest potrzebna, rozwijająca, transformująca i odmieniająca życie, jest prezentacja  na własnym przykładzie, ponieważ żadne słowa nie mają takiej mocy, jak wyższe wibracje i rozświetlone pole auryczne, które bezpośrednio oddziaływują na nasze środowisko. Pomimo, że często ich nie widać, działają lepiej i mocniej, niż najlepsze i najmocniejsze słowa. Warto pamiętać również o szerszym kontekście, który starałam się zarysować w rozmowie z panią Beatką. Często, mamy tendencję, do postrzegania życia jedynie poprzez własny pryzmat, poprzez pryzmat nuklearny i jednostkowy. Podczas gdy, żyjemy i funkcjonujemy w makrokosmosie, jesteśmy połączeni ze świadomością kolektywną i nosimy w sobie boskie cząstki jednakowe dla wszystkich żyjących istot. Zmiany, którym ulega przestrzeń naokoło nas mają bezpośrednie przełożenie na nas samych. Nie wolno nam o tym zapominać, że już niedługo, albo nawet w tej chwili właśnie, każdy z nas stanie przed wyborem czy podejmie wysiłek zmiany, czy pozostanie w starych wzorcach i zgodnie z naszym wyborem, zostaniemy następnie odpowiednio rozliczeni. A dla tych, którzy jeszcze go nie znają, gorąco polecam: Aron Jasnowidz.

Pozdrawiam Was serdecznie i życzę Wam wspaniałego weekendu Kochani!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.